Sobota po drugiej niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego.
14 września Kościół katolicki obchodzi święto Podwyższenia Krzyża Świętego na pamiątkę męki i ukrzyżowania naszego Pana oraz w podzięce za dar zbawienia osiągniętego przez cierpienie naszego Pana.
Słusznie zatem, że następnego dnia – 15 września – obchodzimy wspomnienie Matki Bożej Bolesnej, podczas którego oddajemy cześć Maryi za straszliwe cierpienia, jakich doświadczyła, będąc świadkiem brutalnego morderstwa swego Syna.
To święto jest dla mnie jak „mini-post” i obserwuję, że tak właśnie jest. W czasie Wielkiego Postu roku liturgicznego pościmy, modlimy się i spełniamy dobre uczynki w ramach pokuty i żalu za cierpienia, które zadaliśmy naszemu Panu naszą grzesznością.
Cóż, nasza grzeszność spowodowała cierpienie Maryi.
Zapytaj każdą matkę, która urodziła chore lub ranne dziecko, jak to jest patrzeć, jak znosi cierpienie. Mogę się prawie założyć, że powie ci, że zdecydowanie wolałaby, żeby to było jej cierpienie niż jej dziecko.
Wiem, że bym to zrobił.
Faktycznie, mam. Ponieważ troje z czwórki naszych dzieci urodziło się przedwcześnie, płakałam za każdym razem, gdy wchodziłam na oddział intensywnej terapii noworodków. Błagałam Boga, aby zamiast mojego dziecka pozwolił mi cierpieć kłucia igłą, respirator, środki unieruchomienia i zabiegi.
Kiedy moje dzieci dorosły, błagałam Boga, aby pozwolił mi znosić wszystkie próby i udręki, wszystkie załamania serca i niepewności związane z przejściem od dzieciństwa, przez okres dojrzewania, aż do dorosłości.
Patrzenie na cierpienie dziecka to czysta agonia.
Cierpienie Chrystusa było o wiele gorsze niż jakiekolwiek cierpienie, przez które musiało przejść którekolwiek z moich dzieci, a nasza Błogosławiona Matka przeszła przez to razem z nim.
Maryja była duchowym męczeństwem.
Było to intensywne, nieopisanie bolesne cierpienie, które było i jest tak samo pomocne w naszym zbawieniu, jak śmierć Chrystusa na krzyżu, choć z odmiennym skutkiem.
Wspomnienie Matki Bożej Bolesnej sięga XII wieku, a w XIV i XV wieku było powszechnie obchodzone w całym Kościele i zostało dodane do Mszału pod tytułem „Matka Boża Współczucia”.
W XVII wieku święto to zostało dodane do kalendarza rzymskiego przez papieża Benedykta XIII i trafnie nazwane „Siedem boleści”, nawiązując do siedmiu mieczy, które przeszyły serce Marii, zgodnie z przepowiednią Symeona.
To naprawdę do mnie trafia.
Myślenie o Maryi jako o Matce Bolesnej to jedno.
Kiedy ktoś jest zasmucony, jest pogrążony w smutku, a Maria z pewnością była tą z powodu śmierci Jezusa.
Ale przebicie serca – nie raz, ale siedem razy – mieczem to zupełnie inna historia. Raz to wystarczająco źle, ale siedem razy?
Jednak Maria nie skarżyła się ani w żaden sposób nie walczyła z wolą Bożą, nawet w tych strasznych okolicznościach. „Tak”, które udzieliła Zwiastowaniu, trwało przez całe jej życie, a nawet u stóp krzyża.
Co więcej, Maryja cierpiała nie tylko jako Matka naszego Pana, ale jako Jego współodkupicielka.
Jej cierpienie i jej smutek przypominają nam o okropnym złu grzechu.
Wraz z cierpieniem Chrystusa łzy Marii pomogły zmyć plamę grzechu, która w przeciwnym razie trzymałaby nas z dala od nieba.
Czyż nie jest zatem słuszne, aby Maryja była czczona za cierpienie, które znosiła dla nas?
Oto Siedem Boleści Maryi – siedem mieczy, które przeszyły Jej Niepokalane Serce. Przeczytaj je, medytuj nad nimi i uświadom sobie, że ona zniosła je wszystkie dla ciebie. Następnie spędź dzień, robiąc coś – cokolwiek – dla niej w zamian.
- Proroctwo Symeona (Łk 2,25-35)
- Ucieczka do Egiptu (Mateusza 2:13-15)
- Utrata Dzieciątka Jezus na trzy dni (Łk 2,41-50)
- Maria spotyka Jezusa w drodze na Kalwarię (Łk 23:27-31; Jana 19:17)
- Ukrzyżowanie i śmierć Jezusa (Jana 19:25-30)
- Ciało Jezusa zdjęte z krzyża (Psalm 130; Łukasza 23:50-54; Jana 19:31-37)
- Pogrzeb Jezusa (Izajasza 53:8; Łukasza 23:50-56; Jana 19:38-42; Marka 15:40-47)


