Nasza nadzieja zaczyna się w grobie.
Było oczywiście puste, ale Maria Magdalena wtedy o tym nie wiedziała. Myślała, że on tam jest, jego ciało. To tylko miłość zmusiła ją do bycia tam, a nie nadzieja. To zniknęło. Miłość trzymała ją w miejscu, tym ciemnym i smutnym miejscu. Wątpię, czy w ogóle liczyła na cokolwiek podczas tych wczesnych, cichych godzin żałoby. Kochała go, więc tam była. Po prostu nie miała pojęcia, co jeszcze mogłaby zrobić. To właśnie czasami czyni miłość: zatrzymuje się wokół grobów tych, którzy odeszli.
Ale właśnie tam wszystko się zmieniło, w tym miejscu, w którym kochała bez nadziei. Tam jej żałoba o poranku zamieniła się w radość – przy grobie. Cóż, na początku było to dezorientujące. Mary myślała, że ktoś ukradł ciało. Pobiegła po Piotra i Jana. Pobiegli zobaczyć. I tylko ten młody mistyk Jan – czy kimkolwiek był ten „inny uczeń” – zobaczył pusty grób i uwierzył, ale nadal była to wiara nieokreślona. Ale oczywiście tak często zaczyna się nadzieja: jako coś, co przypomina chaos.
Jednak to wkrótce ustąpiło miejsca komfortowi jego głosu. Jeśli będziesz czytać dalej tę historię, zawołał ją po imieniu: „Maryjo!” (J 20,16). Jak dziecko uspokojone w ramionach ojca, jak łkająca przyjaciółka wyciszona w miłosnym uścisku, miłość Marii Magdaleny bez nadziei i jej dezorientacji ustępuje Jemu, Jezus zmartwychwstały. Jest to coś niewyobrażalnego, nie do uwierzenia, gdyby nie fakt, że zwraca się do niej po imieniu. Ale tak często zaczyna się nadzieja: w osobistym powołaniu Chrystusa Zmartwychwstałego.
Nadzieja w nieprawdopodobnych miejscach
To jest wzór. Alternatywne oferty wielkanocne polegają na tym, że teraz można szukać nadziei w nieprawdopodobnych miejscach – takich jak grobowce. Nie w pałacach, nie wśród polityków, nie wśród rzekomo doskonałych, ale w innych miejscach, gdzie zaprowadziła cię prawdziwa miłość, zwłaszcza tam, gdzie miłość się nie poddała, ale tam, gdzie prawdopodobnie, rozsądnie, powinna była – w grobowcach nasze życia.
Być może jest to grób przyjaźni, którego obawiasz się, że umarł na zawsze, lub grób duszy Twojego dziecka, który odszedł od Kościoła. Być może jest to grób naszego kraju, grób świata, w którym nadzieja jest prawie całkowicie niewyobrażalna. Być może znajduje się w niezliczonych nowych grobowcach dzisiejszej Ziemi Świętej. Może to twój własny grób, śmierć, którą twoje grzechy sprowadziły na twoją biedną duszę. Może tak jest, gdziekolwiek płaczesz, bo nie możesz myśleć o niczym innym, co byłoby warte zrobienia.
Tam zaczyna się Wielkanoc; o to chodzi. „Jeden płomień przeniknie wieczne cienie” – napisał kiedyś Charles Péguy. Zawsze czytałem to w ten sposób, że niezależnie od tego, jak mroczna jest sytuacja, inne rzeczy, takie jak wiara, nadzieja i miłość, nadal istnieją w ciemności, czasami ukryte we łzach, które płaczemy z miłości. Tego uczy Maria Magdalena. Ta nadzieja zaczyna się czasem we łzach . Pokazuje nam także, że można tkwić przy grobowcach naszego smutku, zerwanych związków, naszych niepowodzeń. To w porządku. Tylko nie zapomnij kochać i nie zapomnij słuchać.
Ponieważ – i to jest takie piękne – Jezus po raz pierwszy pojawia się po zmartwychwstaniu właśnie wtedy i tam, gdzie jesteśmy zdezorientowani i smutni. Nie czeka, aż Maria Magdalena się uporządkuje i uspokoi. Nie czeka, aż jej łzy wyschną. Odwiedza ją na swoim grobie. Odwiedza ją tam, gdzie kocha i cierpi.
I znowu jest to wzór, lekcja, dziwna sugestia Wielkanocy, że nawet w grobowcach naszego życia, nawet gdy nie ma już podstaw do nadziei, nie popadamy w rozpacz. Bo tak zaczyna się nadzieja: kiedy zmartwychwstały Jezus wchodzi w twoją ciemność i wzywa twoje imię, miłość do ciebie za miłość, której się trzymałeś.


